Bywa, że Rumunia jako destynacja podróżnicza stawiana jest w kategorii sentymentalnych podróży lat minionych – w tym przypadku – rozpadającym się Polonezem w latach 80’, by zasmakować wraz z rodziną luksusu nad Morzem Czarnym. A że Poloneza poza studniówką i statystycznie co czwartym weselem napotkać obecnie trudno, to i Rumunia nie jawi się jako atrakcyjna destynacja, godna waszych cennych dwóch tygodni urlopu.
A to zdecydowany błąd, co postaram się zaraz udowodnić.

Rumunia z lotu nietoperza
Najczęstszym skojarzeniem, które pojawia się nam w głowach, kiedy ktoś powie Rumunia to rezydujący tam okrutni krwiopijcy. I nie mówimy tutaj o powiatowym oddziale skarbówki, a o wampirach z hrabia Drakulą na czele. Nic w tym dziwnego, bo to główny produkt krajowy brutto, jeśli chodzi o szeroko pojętą popkulturę i magnes na masowego turystę.
Nie jest jednak jedyny powód, dla którego warto odwiedzić Bramę Bałkanów. Co więcej, zaryzykuję stwierdzenie, że jest to jeden z powodów mniej ciekawych. Szczególnie jeśli mówimy tylko o owych transylwańskich wampirów wyobrażeniu popcornowym, a nie na realnej historii, która za nimi stoi. Czy też leży w trumnie. A historii – zarówno tej dotyczącej rodu Vlada Drakuli, jak i wielu innych – Rumunia ma pod dostatkiem. Nawet jeśli jest trochę przesłonięta wielkim bilboardem z żywymi inaczej i reklamą czosnku.
Zatrzaśnijcie więc drzwi metaforycznego Fiata 126p, włączcie klimę na full otwierając okno i dociśnijcie mocno kolana do brody, poznając 3 niezwykłe miejsca, dla których warto odwiedzić kraj mamałygą i niedźwiedziem płynący.
1. Pałac Peles

Z ziemi niemieckiej do rumuńskiej
Jeśli istnieje jedno miejsce, które samo w sobie stanowiłoby argument za odwiedzeniem Rumunii, byłby to właśnie pałac Peleș.
Jest to letnia rezydencja rumuńskich monarchów, położona w górskiej miejscowości Sinaia, która pierwszego z nich – Karola – urzekła widokami na okolicę i potencjalnymi przyszłymi problemami z parkowaniem.
Młody Karol został zaimportowany do Rumunii od sprawdzonego dostawcy głów koronowanych – dynastii Hohenzollernów, po tym jak lokalne produkty monarsze okazały się nie spełniać stawianych im standardów. Władca z początku nie był zachwycony nowym miejscem pracy, szczególnie gdy na granicy musiał przesiąść się z luksusowego niemieckiego bahna na komunikację zastępczą, bo… dalej linia kolejowa po prostu nie istniała. A koń jak to koń, nie tylko jaki jest każdy widzi, ale i torów nie potrzebuje, więc zniesmaczony Karol został dowieziony na miejsce zatrudnienia powozem.
Pomimo trudnych początków, wziął się ostro do pracy i z niemiecką precyzją ogarnął całe państwo, które do tej pory może i było bankrutem, ale za to siedziało pod butem Turcji. Niemniej jednak w ciągu kilku lat ogarnął cały ten ambaras, a po robocie stwierdził, że trzeba wreszcie zadbać o własne m4. I nie miał na myśli użycia gotowców z Ikea.

Jak Wasza Wysokość postawi pałac, to nie ma takiego w Europie…
Do projektu swojego lokum Karol podszedł ambicjonalnie. Chcąc pokazać całej Europie, że mimo iż Rumunia nie była klasycznym bywalcem salonów, to wybuduje taki pałac, że najlepszym rezydencjom Francji i Anglii fasada zbieleje.
Pałac Peles, niczym ceglany odpowiednik Vouge’a, zbierał wszystkie nowoczesne nowinki architektoniczne. Własna elektrownia, winda, kino domowe, centralny system odkurzania, a nawet otwierany szklany dach. To ostatnie zapewne dlatego, że już dobitniej nie dało się przekazać wszystkim dookoła, że sky is the limit, a Karol – jak to Niemiec – lubił dosłowne komunikaty.
Żeby tego było mało, każda sala pałacu została urządzona w innym stylu – jedna w mauretańskim, kolejna w tureckim, jeszcze inna w klimatach włoskiego renesansu. Długo by można wyliczać, bo jest ich ponad 170 (!)
Zbieraliście karteczki w ogólniaku? Albo pokemony z chipsów? Jak jesteście królem to Wasze hobby musi się odpowiednio przeskalować do posiadanej ilości majestatu. Dlatego więc Karol zbierał pokoje.
Tylko wymiana z kolegą z bloku mogła być trudniejsza. I nie tylko dlatego, że nie wymyślono jeszcze bloków.

No gdzie lezie? Nie widzi, że niebezpieczne?
Podsumowując – jak chcecie zwiedzić miejsce, które zadziwi Was swoją różnorodnością, bogactwem detalu i zebranymi zbiorami to wybierzcie się do Pałacu Peles. Bo nie tylko został zbudowany z ogromnym rozmachem, ale w przeciwieństwie do wielu zamków, choćby tych czule budowanych przez naszego murowanego Kazimierza – przetrwał praktycznie niezniszczony do dziś.
Chrapkę na królewski pałac mieli komuniści. A ci jak mało kto mieli niebywały talent, by zepsuć albo ukraść wszystko i wszędzie. Na całe szczęście udało się ich skutecznie zniechęcić. Nie postraszono jednak drapieżnym kapitalizmem i sprawną gospodarką, a nietypowym lokatorem pałacu.
Był nim… groźny grzyb. I nie, nie chodzi tutaj o wybitnie nieuprzejmego dozorcę, a pasożyta żyjącego na ścianach. Swoją drogą była to wierutna bzdura, równie prawdopodobną co sułtan turecki wynajmujący kawalerkę na poddaszu. Co ciekawe – ówczesny komunistyczny dyktator uwierzył, przeraził się i pałac omijał. Znaczy ze względu na grzyba, nie na sułtana.
Także obiecuję, że jest bezpiecznie, a Wy wizyty w pałacu nie pożałujecie!
Koniecznie odwiedźcie Peles chociaż raz w życiu!
2. Wesoły cmentarz

“I na cmentarzu bywa weselej”
To powyższe powiedział krasnolud Gimli w Dwóch Wieżach. I chociaż odnosił się do zwykłych, standardowo smutnych nekropolii, podkreślając stypiarską atmosferę odwiedzanego miasta, to istnieje unikalne miejsce na mapie Europy, które faktycznie łączy “Wesołość” i “Cmentarz” w jednej nazwie, nie powodując przy tym spięcia i protestów pobożniejszej części sąsiadów.
Săpânța – bo o tym miejscu mówimy – to wioska w sercu górskiego regionu Maramuresz. A za sprawą lokalnej tradycji miejscowość jest szeroko znana, niczym takie rumuńskie Wilkowyje (no wiem, że analogia nie do końca trafna, bo nie wiadomo nic o konflikcie rumuńskiego wójta z plebanem, ale to najbardziej znana polska wieś, nawet jeśli nieprawdziwa).
W 1935 lokalny artysta (a jednak jest coś wspólnego z Ranczem!) o imieniu Stan Ioan Pătraș wyrzeźbił pierwszy nagrobek, ukazujący kilka kwiatów i krótki opis śmierci śmierci osiemnastoletniego chłopaka, który utonął w rzece. Nietypowe podejście do sztuki funeralnej wzbudziło ciekawość mieszkańców wioski, a artystę popchnęło do dalszego rozwijania swojego rzeźbiarskiego startupu. Patras zaczął rzeźbić całe rzeźbione nagrobki, a napisy na nich stawały się dłuższe, wierszowane, opowiadające nie tylko o przyczynie śmierci spoczywającego w pokoju, ale również o jego minionym życiu.
Jeden z pierwszych nagrobków opowiada na przykład o pasterzu, który zapewniał mieszkańcom wioski najlepsze, tłuste mięso owiec, czym zasłużył się mocno u sąsiadów. Ów dobrodziej zmarł w 1939 r i jego grób stoi do tej pory, opatrzony wizerunkiem pasterza w otoczeniu owiec i wierszem, w którym czytamy chociażby, że “Dobre mięso – to nie kłamstwo, można się nim najeść jak król.”. Prawdopodobnie aktywiści nie umieją czytać po rumuńsku, bo grób nie został jeszcze oblany sojową latte i obrzucony tofu w ramach protestu.

Wielowiekowa tradycja
Istnieje kilka teorii, skąd wziął się pomysł na “wesoły cmentarz”. Najwznioślejsza z nich mówi o nawiązaniu do kultury Dackiej. Był to lud zamieszkujący na terenach obecnej Rumunii w czasach starożytnych, który to lud uważał śmierć za świetną sprawę, gdyż trafiało się do lepszego świata, wolnego od cierpień takich jak podatki, wizyty u teściowej czy koniec ostatniej wypłaty tydzień przed 10-tym.
Elementy kultury starożytnych Daków zachowały się również w Polsce, głównie w tradycjach ZUSu, ponieważ nikt tak energicznie nie tańczy kongi przez cały korytarz jak powiatowa rada nadzorcza na wieść o braku konieczności wypłacania emerytury kolejnemu podróżnemu do lepszego ze światów.
Niektórzy jednak, nawet wśród samych Rumunów, podchodzą do odnoszenia wszystkiego do Daków sceptycznie, uważając odniesienia za często naciągane na siłę. Trochę jak w XVII- wiecznej Polsce wywodzono szlachecką wyjątkowość od sarmacji. Ale co oni tam wiedzą, chłopi jedni. Już do pracy – hop, hop, hop!
Nagrobek prawdę Ci powie
Druga interpretacja to po prostu postawienie na szczerość. Chęć przedstawienia osoby zmarłej taką, jaka była za życia – czyli mówimy o zmarłych nie tylko dobrze, ale uwzględniamy całość jej dokonań. Czyli jeśli zmarły w trakcie życia zajmował się niezbyt pożytecznym hobby (na przykład alkohol), wykazywał się jakimiś wadami (również alkohol) lub odszedł ze świata w warty podkreślenia sposób (tak, zgadliście – alkohol po raz trzeci, sprzedane) to nie mógł liczyć na płaskorzeźbę siebie stojącego na Camp Nou pod rękę z Messim.
No chyba, że ktoś założył by browar o takiej nazwie. Taki rumuński Mamrot.
Jednakże nie jest tak, że to bywalców sapanckiej ławeczki pod sklepem Więcławskiej jest na cmentarzu najwięcej. Nagrobki są przeróżne, opowiadając o różnych ludzkich lodach. Tak więc część przedstawia mieszkańców wioski przy pracy w warsztacie, ze stadem zwierząt w polu, siedzących w gronie najbliższych, tkających na krośnie ale też – w trakcie przejeżdżania przez najróżniejsze pojazdy mechaniczne – samochody osobowe, pociągi czy ciężarówki, jeśli to one zakończyły ich pieszą ziemską wędrówkę. Na jednym nagrobku jest nawet napisane życzenie spłonięcia w piekle dla kierowcy taksówki, który potrącił zmarłą, co nawet jak dla taksówkarza jest poważną karą.

Mogłaby się czegoś dzisiejsza młodzież nauczyć
Niektóre nagrobki w Sapancie mają też wartość dydaktyczną, przestrzegając żywych przed popełnianiem błędów swoich poprzedników na dziurawej i płatnej autostradzie życia. Jeden z nich, sporządzony przez zięcia dla swojej teściowej, zachęca przechodniów do długiego researchu i zastanowienia przed decyzją o wyborze takowej, bo może być ona brzemienna w skutkach. Ostrzega też, aby chodzić koło mogiły cicho, żeby przypadkiem mamusia nie wstała i nie przyszła zmienić zamienić się rolami ze swoim zięciem. A według wierszyka do wpędzenia go do grobu miała już niedaleko.
Można by też przewidywać, że jakąś motywacją do dobrego życia może być dla mieszkańców Sapanty chęć uniknięcia wiecznego spoczynku pod dębowym bilboardem reklamującym ich wady. Jednakże istnieje obejście tego problemu. W wyższej części wioski znajduje się drugi cmentarz, gdzie oprócz rzeźbionych nagrobków znajdują się też takie zwyczajne, milczące o niecnych postępkach za życia jak hmm… no jak grób. Można więc zażyczyć sobie normalnego pochówku w części wsi spokojnej i szczęśliwej, bo nieświadomej, co nawywijał denat.

Na sąsiadów spoglądamy z góry
Mniej może znaną, ale również wyjątkową budowlą w wiosce jest cerkiew św. Archanioła Michała. Jest to najwyższa drewniana budowla sakralna świata! Wieża ma 78 m wysokości, co jak na niepozorną wioskę stanowi spore osiągnięcie. Prawdopodobnie wysoka wieża świątyni działała na zasadzie odwróconego piorunochronu, czyli im bliżej nieba, tym lepiej trafiały tam modlitwy wiernych. A przy okazji dom boży był widoczny z daleka, a pop wzywający mieszkańców na modlitwę dzwonami – dobrze słyszalny.
Historia mogła być też bardziej… przyziemna. Maramuresz słynie z wysokich cerkwi, więc prawdopodobnie każda wieś rywalizowała z sąsiadami, kto będzie miał wyższą. I mieszkańcy Sapanty zdeklasowali konkurencję. Nie jest natomiast potwierdzone, czy urządzano oficjalne doroczne gram prix o złotą dachówkę wójta.

3. Trasa transfogarska

Zapowiadali ulewne opady niedźwiedzi?
Jedziecie sobie spokojnie samochodem drogą, która zaprowadzić ma Was w serce gór Fogaraskich. Nagle ni z tego, ni z owego odzywa się alarm bombowy. Rozglądacie się w prawo i lewo, ki czort, same świerki dookoła. Zaraz, zaraz, chwila – ten dźwięk wydobywa się z Waszego telefonu! To on tak potrafi? Ten gość z OLXa nie uprzedził, że zamontował tu jakieś podzespoły od NASA…
Odpalasz telefon i patrzysz na ekran, na którym wyświetla się jakaś wiadomość po rumuńsku. Okazuje się, że to lokalny odpowiednik alertu RCB. Wrzucasz tekst w tłumacz i okazuje się, że grozi Ci… spotkanie niedźwiedzicy z młodym jakieś 12 km przed Tobą!
Trasa transfogarska to najpewniejsze miejsce do spotkania tych kudłatych mieszkańców Rumunii, bo traktują ją jak kino – przychodzą tu pooglądać coś ciekawego i podjeść śmieciowe żarcie rzucane im niestety przez turystów. Czasem po prostu siedzą przy, na lub pod barierkami obok drogi i obserwują te kolorowe konserwy z kołami, które trochę hałasując przetaczają się przez ich królestwo.

Grosza daj Puchatkowi
Trasa transfogarska to najpewniejsze miejsce do spotkania tych kudłatych mieszkańców Rumunii, bo traktują ją jak kino – przychodzą tu pooglądać coś ciekawego i podjeść śmieciowe żarcie rzucane im niestety przez turystów. Czasem po prostu siedzą przy, na lub pod barierkami obok drogi i obserwują te kolorowe konserwy z kołami, które trochę hałasując przetaczają się przez ich królestwo.
Dobrze, że przynajmniej płacą myto jakimś smacznym kąskiem. Znaczy – według niedźwiedzi dobrze, bo nie trzeba nikogo gonić i później nużąco obdzierać ze skóry, gdy za samo siedzenie i udawanie zajętych zasługuje się na nagrodę, co oprócz miśków charakteryzuje również większość rządów i parlamentów.
Natomiast w ogólnym ujęciu to niedobrze, bo dokarmianie niedźwiedzi przyzwyczaja je do człowieka i zachęca do zbliżania się do ludzkich siedzib, a później kto wie, może i jakieś obdzieranie im wpadnie do kudłatej łepetyny. A lepiej ten proceder zostawić temu gościowi z kina z popcornem za cztery dychy i chipsami z tortilli za trzy. A po przeboleniu wydatku – dokarmić sami siebie.

Mihai, przyszedł prikaz z centrali!
Sama trasa transfogarska zasługuje na uwagę, nawet nie wspominając o jej miodolubnych lokatorach. Historia jej powstania jest jak to spotkanie w pracy, na którym szef przychodzi ze swoim genialnym i rewolucyjnym pomysłem na rozwój firmy, a nikt mu nie chce powiedzieć, że absolutnie nie ma to sensu i jak ma za dużo czasu to mógłby zająć się garncarstwem artystycznym.
Tym szefem był Nicolae Ceaușescu i na nieszczęście był wtedy CEO komunistycznej Rumunii, więc jego pomysł przebicia przez środek gór trasy do potencjalnego przemarszu wojsk wszedł w fazę realizacji. Przez mrozu szpony tnące oraz słońce, niczym amerykańscy robotnicy kładący kolej przez stepy, rumuńscy żołnierze rozpoczęli w 1970 r. tytaniczny projekt swojego dyktatora. Może i było trochę łatwiej niż na Dzikim Zachodzie, bo nie napadali ich Indianie, których akurat w Fogaraszach nie było, ale i tak na realizację zużyto niemało zasobów, bo np. aż 6 milionów kilogramów dynamitu.
W trakcie budowy trasy zginęło 40 robotników. To znaczy oficjalnie, bo pozostałych kilkuset zmarłych skrzętnie przemilczano, żeby nie psuć dobrego PR-u najlepszego pomysłu naszego kochanego szefa, no o co wam chodzi, machajcie energiczniej do tej kamery, pani też, pani Marzenko, bo zacznę zauważać jak pani się wymyka do kosmetyczki w trakcie pracy i kto podkrada kawę z socjalnego.

Trasa transfogaraska ma około 150 km i w najwyższym punkcie wspina się powyżej 2000 m npm. Oferuje świetne widoki (nie tylko na niedźwiedzie i tablice rejestracyjne stojących w korku przed nami) i stanowi dobre miejsce wypadowe na szlaki prowadzące na najwyższe szczyty kraju – m. in. Moldoveanu i Negoiu. Jej otwarcie nastąpiło w 1974 r., czyli 4 lata po rozpoczęciu budowy, w wyniku czego przez Krajowa Dyrekcję Dróg i Autostrad w Polsce jest uważana za mit i bajkę do opowiadania dzieciom do lat pięciu jak tylko znudzi im się świnka Peppa.

Jednak wracamy do Drakuli. Ale takiego certyfikowanego.
W południowej części trasy transfogaraskiej znajdują się malownicze ruiny Twierdzy Poenari, czyli prawdziwego zamku Włada Palownika – zasłużonego, choć mało przyjemnego władcy, będącego pierwowzorem Hrabiego Drakuli.
Zamek niestety po śmierci Włada zaczął popadać w ruinę, ale że Szwedzi do Rumunii nie dotarli, to natura musiała sama poradzić sobie z zamkiem i jego mocnej dewastacji dokonała poprzez trzęsienie ziemi w XIX wieku. Niemniej ruiny twierdzy są bardzo malowniczo położone, więc przyciągają licznych śmiałków, jeśli tylko ci niczym Turcy są gotowi zmierzyć się z umocnieniami warowni. A mowa tutaj głównie o prawie 1500 schodach, które trzeba pokonać, aby zasłużyć na panoramę ze szczytu.
Aż dziwne, że lokalne niedźwiedzie nie organizują wart u stóp schodów, by przechwytywać wykończonych windolubnych warszawiaków, którzy akurat podjęli się lekkomyślnego szturmu władowej fortecy.
———–
Żartuję, nie jest tam wcale aż tak niebezpiecznie.
Ale wiecie, że turyści w śpiworach, są dla niedźwiedzi jak tortille?
No dobra, już przestaję.
Ale alerty o niedźwiedziach istnieją naprawdę.
———–